Pajuka

Klub w pod­zie­miach hote­lu przy­po­mi­nał wnę­trze gło­śni­ka. Powie­trze wibro­wa­ło od basu, a świa­tła prze­ci­na­ły ciem­ność fio­le­to­wy­mi pasa­mi, spra­wia­jąc, że ludzie na par­kie­cie wyglą­da­li jak w fil­mie poklat­ko­wym.

Kuba sie­dział przy barze, odwró­co­ny ple­ca­mi do tego sza­leń­stwa. Dło­nią obej­mo­wał szklan­kę, w któ­rej lód daw­no zamie­nił się w wodę, sku­tecz­nie kastru­jąc smak dro­giej whi­sky. Mar­cin znik­nął w tłu­mie dobrą godzi­nę temu. Ostat­ni raz Kuba widział go, jak z mary­nar­ką prze­wie­szo­ną przez ramię tłu­ma­czył bar­ma­no­wi, że „Wście­kły Pies” to nie drink, tyl­ko stan umy­słu. Potem Kuba został sam. „Pan świa­ta”. Z kre­dy­tem na kar­ku, fir­mą na papie­rze i suk­ce­sem, któ­ry w tej chwi­li sma­ko­wał dziw­nie cierp­ko.

— Wyglą­dasz na kogoś, kto wła­śnie wygrał na lote­rii, ale zgu­bił kupon — usły­szał tuż przy uchu.

Musiał się odwró­cić, żeby w ogó­le zare­je­stro­wać, kto mówi. Dziew­czy­na. Usia­dła na wyso­kim stoł­ku obok, wci­śnię­ta w wol­ną prze­strzeń przez napie­ra­ją­cy tłum. Weł­nia­ny swe­ter w cha­rak­te­ry­stycz­ne wzo­ry na karcz­ku wyglą­dał jak mani­fest. Tak samo jak fakt, że zamiast ele­ganc­kie­go kie­lisz­ka obej­mo­wa­ła dłoń­mi solid­ny, do poło­wy peł­ny kufel z piwem.

— Bli­sko. — Nachy­lił się w jej stro­nę. Ina­czej roz­mo­wa pole­ga­ła­by na czy­ta­niu z ruchu warg. — Zało­ży­łem fir­mę, kupi­łem kuter. Kupon mam w kie­sze­ni, ale wła­śnie dotar­ło do mnie, ile wyno­si poda­tek od wygra­nej.

— Kuter? — Uśmiech­nę­ła się. — To nie zakup pod wpły­wem impul­su. To mał­żeń­stwo z roz­sąd­ku. Z oce­anem.

— Coś w tym sty­lu. Hófur.

Poki­wa­ła gło­wą. Nie z grzecz­ną obo­jęt­no­ścią, któ­rą ser­wo­wa­li mu dzi­siaj wszy­scy inni roz­mów­cy, ale ze zro­zu­mie­niem.

— Kopy­to. Moc­na nazwa. Mój brat pły­wa na Aro­nie, ale twój brzmi zuchwa­lej. Jestem Sun­na.

— Jakob.

— Jakob… — powtó­rzy­ła, jak­by waży­ła to sło­wo. — Nie wyglą­dasz na Wikin­ga.

— Mat­ka Polka, ojciec Island­czyk.

— Mam przy­ja­ciół­kę Polkę. Twier­dzi, że melan­cho­lia to wasz towar eks­por­to­wy. Zaraz po jabł­kach.

Par­sk­nął śmie­chem.

— A ty? — Wska­zał na par­kiet, gdzie tłum falo­wał w rytm jakie­goś remi­xu Björk. — Sie­dzisz tu sama, żeby robić notat­ki z zacho­wań stad­nych?

— Cze­kam na kogoś, kto się nie zja­wił. I naj­wy­raź­niej już tego nie zro­bi. — Wzru­szy­ła ramio­na­mi i upi­ła łyk piwa. — A two­ja zało­ga?

— Mój wspól­nik, Mar­cin, gdzieś tu jest. Teo­re­tycz­nie. Ale w prak­ty­ce zosta­łem sam na most­ku. Stan­dard.

Roz­mo­wa kle­iła się zaska­ku­ją­co dobrze, mimo że pra­wie musie­li krzy­czeć sobie do ucha. Mówi­li tym samym kodem. Sun­na nie pyta­ła o pie­nią­dze, o tonaż, o pla­ny pod­bo­ju ryn­ku. Pyta­ła o morze. O to, od kie­dy pły­wa i czy czu­je respekt.

DJ zmie­nił rytm, powie­trze zgęst­nia­ło. Ktoś wpadł na ple­cy Kuby, wyle­wa­jąc mu tro­chę alko­ho­lu na rękaw.

— A dziew­czy­na? — zapy­ta­ła nagle Sun­na, patrząc mu pro­sto w oczy. — Ktoś powi­nien teraz świę­to­wać razem z tobą, wisieć ci na szyi.

Kuba się zawa­hał. Przez uła­mek sekun­dy chciał zbyć temat żar­tem, ale coś w spoj­rze­niu Sun­ny spra­wi­ło, że zre­zy­gno­wał.

— Jest w Pol­sce, na ślu­bie kole­żan­ki. Zresz­tą… — Pocią­gnął łyk roz­wod­nio­nej whi­skey. — To wszyst­ko — wska­zał na sie­bie, na nie­wi­dzial­ny kuter, na ten cały blichtr — to też tro­chę po to, żeby… żeby było sta­bil­nie. Żeby wie­dzia­ła, że jestem ogar­nię­ty.

— Musisz jej to udo­wad­niać?

Spoj­rzał na nią, zasko­czo­ny. Sun­na patrzy­ła na nie­go uważ­nie, bez cie­nia kpi­ny.

— Nie o to cho­dzi. Po pro­stu… Sta­ram się. Chcę, żeby była dum­na. Żeby widzia­ła, że nie jestem tyl­ko chło­pa­kiem od sia­tek, ale kimś, na kogo moż­na posta­wić. Że dowo­żę wynik.

Sun­na opar­ła bro­dę na dło­ni. Przy­su­nę­ła się jesz­cze bli­żej.

— Wiesz co? Jak cią­gle musisz jej coś udo­wad­niać, to zna­czy, że grasz w grę, któ­rej ona nawet nie uwa­ża za waż­ną. I będziesz prze­gry­wać, choć­byś się zaje­chał.

Zamilkł. Te sło­wa zawi­sły mię­dzy nimi. Tra­fi­ły w jakiś mięk­ki punkt, któ­re­go ist­nie­nia wolał nie zauwa­żać, a któ­ry od jakie­goś cza­su pul­so­wał pod skó­rą.

Noc weszła w fazę, kie­dy alko­hol prze­sta­je szu­mieć, a zaczy­na krzy­czeć. Do klu­bu wla­ła się nowa fala ludzi, upy­cha­jąc tych, któ­rzy już led­wo sta­li na nogach. Prze­strzeń się skur­czy­ła. Ktoś zno­wu trą­cił Kubę, tym razem łok­ciem, ktoś inny ryk­nął śmie­chem tuż nad uchem Sun­ny. Hałas prze­stał być tłem, stał się fizycz­nym bólem.

— Nie sły­szę wła­snych myśli — mruk­nął Kuba. Czuł, że musi dopro­wa­dzić ten wątek do koń­ca. Że jeśli teraz prze­rwie, to zosta­nie z tym zda­niem sam. — Mam butel­kę whi­sky w poko­ju. Piwo też się znaj­dzie. I cisza. Dokoń­czy­my?

To nie była pro­po­zy­cja, któ­rą moż­na by opacz­nie zro­zu­mieć. Była zbyt suro­wa. Sun­na chy­ba też to czu­ła, bo po pro­stu zsu­nę­ła się ze stoł­ka.

W poko­ju pano­wał spo­kój tak głę­bo­ki, że aż dzwo­ni­ło w uszach. Kuba nie zapa­lił głów­ne­go świa­tła, tyl­ko małą lamp­kę przy łóż­ku. Wyjął ze spor­to­wej tor­by butel­kę whi­sky i posta­wił ją na bla­cie biur­ka.

— Piłaś piwo — zauwa­żył, odkrę­ca­jąc korek. — Zmie­sza­nie go z tym to błąd w sztu­ce czy odwa­ga?

Sun­na rozej­rza­ła się po poko­ju.

— Koniecz­ność — odpar­ła, opie­ra­jąc się o para­pet. — W tam­tym hała­sie wypi­ła­bym nawet wodę z wazo­nu, byle coś zro­bić z ręka­mi.

Kuba uśmiech­nął się krzy­wo. Nalał whi­sky do dwóch szkla­nek.

— Sia­da­my? — Wska­zał bro­dą na dwa fote­le w rogu.

— Wyglą­da­ją, jak­by pro­jek­to­wał je orto­pe­da sady­sta, żeby napę­dzić sobie klien­tów — skwi­to­wa­ła Sun­na. — Wolę pod­ło­gę. Tam gra­wi­ta­cja jest przy­naj­mniej uczci­wa.

Usia­dła na gru­bym dywa­nie, opie­ra­jąc ple­cy o bok łóż­ka. Kuba podał jej szklan­kę i sam zajął miej­sce obok. Wycią­gnął dłu­gie nogi i skrzy­żo­wał je w kost­kach. Pocią­gnął spo­ry łyk.

— Ucie­kłeś z impre­zy — stwier­dzi­ła.

— Ewa­ku­owa­łem się. Jest róż­ni­ca. Uciecz­ka zakła­da strach, ewa­ku­acja to stra­te­gia. Tam na dole zro­bi­ło się za gęsto.

Hófur… — Sun­na obra­ca­ła szklan­kę w dło­niach. — To była dro­ga inwe­sty­cja? I nie pytam o pie­nią­dze.

Kuba odru­cho­wo dotknął boku.

— Poli­czal­na — mruk­nął. — Tro­chę nego­cja­cji z ban­kiem i jed­no pęk­nię­te żebro.

— Wypa­dek?

— Knech­ta oka­za­ła się tward­sza niż ja. Fizy­ka rzad­ko nego­cju­je, zazwy­czaj wysta­wia fak­tu­rę natych­mia­sto­wą.

Zaśmia­ła się krót­ko.

— Poka­żesz?

Spoj­rzał na nią. To nie była proś­ba o eks­hi­bi­cjo­nizm. To była cie­ka­wość kogoś, kto wie, że morze zosta­wia śla­dy. Pod­cią­gnął lek­ko blu­zę. Dłu­ga, bia­ła­wa prę­ga wyglą­da­ła w pół­mro­ku jak nary­so­wa­na kre­dą.

— Two­ja dziew­czy­na nie chcia­ła, żebyś zmie­nił pra­cę?

Kuba opu­ścił mate­riał i upił łyk whi­sky, dając sobie chwi­lę na odpo­wiedź.

— Ana­sta­zja wycho­dzi z zało­że­nia, że pra­ca to pra­ca. Ma przy­no­sić efek­ty, a nie dra­ma­ty.

— Czy­li nie mar­twi się?

— Mar­twi. Ale na swój spo­sób. — Patrzył na bursz­ty­no­wy płyn w szklan­ce. — Woli nie wie­dzieć, jak wyglą­da kuch­nia. Inte­re­su­je ją danie na tale­rzu. Jeśli wra­cam cały, to zna­czy, że wszyst­ko poszło zgod­nie z pla­nem. Po co mam jej opo­wia­dać o tym, co mogło pójść nie tak? To by tyl­ko gene­ro­wa­ło nie­po­trzeb­ny stres. A tak… ona śpi spo­koj­nie, a ja mam spo­kój w domu. Czy­sty układ.

— Mógł­byś na przy­kład opo­wia­dać po to, żebyś nie musiał pić whi­sky na pod­ło­dze z obcą kobie­tą, tyl­ko mógł powie­dzieć jej, że cię boli — odpar­ła pro­sto Sun­na.

Tra­fi­ła. Kuba poczuł to jak ukłu­cie szpil­ki. Odwró­cił gło­wę i spoj­rzał na nią uważ­nie.

— A ty? — zapy­tał, prze­cho­dząc do ofen­sy­wy. — Co dziew­czy­na, któ­ra zna się na kutrach i gar­dzi desi­gner­ski­mi fote­la­mi, robi sama w takim miej­scu? Ten ktoś, na kogo cze­ka­łaś…

— …oka­zał się kimś, kto woli pła­cić walu­tą, któ­rej ja nie przyj­mu­ję — dokoń­czy­ła za nie­go. — Więc chy­ba obo­je jeste­śmy dzi­siaj tro­chę na minu­sie.

Stuk­nę­ła swo­ją szklan­ką o jego. Dźwięk był cichy, ale kon­kret­ny. Jak pie­cząt­ka na umo­wie.

Spoj­rzał jej w oczy, potem na usta. Impuls był szyb­szy niż myśl. Szyb­szy niż to całe jego ana­li­tycz­ne kal­ku­lo­wa­nie zysków i strat. Poca­ło­wał ją bez wstę­pów i pod­cho­dów. Po pro­stu przy­cią­gnął do sie­bie, wpla­ta­jąc pal­ce w jej wło­sy. Jej usta były mięk­kie, chęt­ne, a smak whi­sky mie­szał się z czymś słod­kim, ude­rza­jąc mu do gło­wy moc­niej niż alko­hol. Przez chwi­lę ist­nia­ło tyl­ko to. Cie­pło jej cia­ła i ten cho­ler­ny szum w gło­wie, któ­ry wresz­cie ucichł.

A mimo to się odsu­nął. Musiał użyć całej siły woli, żeby prze­rwać ten moment, zanim sta­nie się czymś, cze­go nie będzie umiał cof­nąć. Ode­tchnął cięż­ko, opie­ra­jąc tył gło­wy o mate­rac łóż­ka.

— Prze­pra­szam — wychry­piał, odsu­wa­jąc się o cen­ty­metr. — Nie mogę.

Sun­na zamar­ła. Sły­szał jej przy­spie­szo­ny oddech.

— Bo ona? — zapy­ta­ła cicho.

— Bo to nie­uczci­we — rzu­cił krót­ko, wal­cząc z wła­snym cia­łem. — Wobec niej. I cho­ler­nie nie­uczci­we wobec cie­bie. Nie chcę, żebyś była tyl­ko… spo­so­bem na odre­ago­wa­nie.

Sun­na opu­ści­ła rękę. W jej oczach nie było zło­ści. Był smu­tek.

— Rozu­miem.

Nie wyszła. Wycią­gnę­ła w jego stro­nę pustą szklan­kę, a Kuba napeł­nił ją. Pili, a napię­cie, któ­re jesz­cze przed chwi­lą wibro­wa­ło w powie­trzu, ustą­pi­ło miej­sca zwy­kłej, ludz­kiej roz­mo­wie. Opo­wia­da­li sobie o wszyst­kim — o głu­po­tach z dzie­ciń­stwa, o szko­łach, o pla­nach, któ­re nigdy nie wypa­li­ły. W koń­cu temat natu­ral­nie zszedł na Pol­skę.

— Musia­łem poje­chać — mruk­nął, wpa­tru­jąc się w ścia­nę, jak­by tam była mapa. — To nie tak, że ucie­ka­łem. Húsa­vík to mój dom. Rodzi­ce są… w porząd­ku. Zawsze mnie wspie­ra­li. Ale musia­łem spraw­dzić swo­je dru­gie DNA. Myśla­łem, że to będzie jak… jak bra­ku­ją­cy puz­zel, że klik­nie.

— I klik­nę­ło? — spy­ta­ła sen­nie.

— Klik­nę­ło — przy­znał, kiwa­jąc gło­wą z nagłym oży­wie­niem. — Jak jasna cho­le­ra. Poczu­łem, że to też moje miej­sce. Że jestem stam­tąd tak samo, jak stąd. Z tym kum­plem… z Mar­ci­nem… mamy nawet plan. Chce­my tam otwo­rzyć stocz­nię.

— Stocz­nię?

— Małą. Budo­wać i remon­to­wać łodzie. Cią­gnie mnie tam. Pol­ska mnie cią­gnie.

— To cze­mu nie budu­jesz?

Kuba pocią­gnął spo­ry łyk. Skrzy­wił się, ale tyl­ko tro­chę.

— Bo ja się na tym nie znam — prych­nął, macha­jąc ręką, jak­by odga­niał muchę. — To Mar­cin, on jest biz­nes­me­nem i to udźwi­gnie.

— A ty?

— A ja chcę pły­wać. Muszę czuć, że się ruszam. Adre­na­li­na. — Moc­niej oparł ple­cy o łóż­ko, jak­by szu­kał punk­tu opar­cia dla myśli, któ­re zaczę­ły galo­po­wać. — O to cho­dzi. Ląd bywa za twar­dy, nie rusza się. To mnie wku­rza. Że jest tak cho­ler­nie sta­bil­nie. Dla­te­go wzią­łem ten kuter. Wszy­scy myślą: biz­nes, inwe­sty­cja, w koń­cu na swo­im. Gów­no praw­da.

Sun­na zachi­cho­ta­ła cicho.

— Gów­no praw­da — powtó­rzy­ła jak echo.

— Cho­dzi o ten moment, kie­dy fala wali w bur­tę. — Kuba wyko­nał gwał­tow­ny, nie­sko­or­dy­no­wa­ny ruch ręką, imi­tu­jąc ude­rze­nie. — Nie masz cza­su na myśle­nie o pier­do­łach. O kre­dy­cie, o tym, co kupić na obiad. Musisz reago­wać. Teraz, zaraz albo cię zmy­je. Rozu­miesz? To czy­ści gło­wę. Na lądzie, jak zro­bisz błąd, to to odkrę­casz. Na morzu, jak zro­bisz błąd, to cię nie ma. I to jest… praw­dzi­we.

Zamilkł, oddy­cha­jąc cięż­ko, jak­by samo mówie­nie o tym pod­nio­sło mu tęt­no. Spoj­rzał na Sun­nę. Sie­dzia­ła z bro­dą opar­tą o kola­na, patrzy­ła na nie­go z dołu lek­ko zamglo­nym wzro­kiem. Wyglą­da­ła na kogoś, kto dźwi­ga o wie­le wię­cej niż tyl­ko zmę­cze­nie po nie­prze­spa­nej nocy. Pochy­lił się lek­ko w jej stro­nę.

— Mówi­łaś, że chcesz wyje­chać. — Jego głos, mimo upo­je­nia, był uważ­ny. — Że chcesz być prze­zro­czy­sta. Dla­cze­go? Co jest nie tak z byciem Sun­ną z Rey­kja­vi­ku?

Sun­na uśmiech­nę­ła się krzy­wo.

— Z Viku — popra­wi­ła go. — Jestem z Viku. A to róż­ni­ca. W Rey­kja­vi­ku możesz się jesz­cze scho­wać w tłu­mie tury­stów. W Viku wszy­scy wie­dzą, co jesz na śnia­da­nie, jesz­cze zanim zdą­żysz posma­ro­wać chleb.

Wes­tchnę­ła, bawiąc się pustą szklan­ką.

— Co jest nie tak? — pod­ję­ła zno­wu. — Wszyst­ko. Tam mają na mnie tecz­kę. Pamię­ta­ją.

— Co pamię­ta­ją?

— Że nie skoń­czy­łam szko­ły gastro­no­micz­nej — wyrzu­ci­ła z sie­bie, a w jej gło­sie zadźwię­czał sta­ry żal. — Chcia­łam być kuchar­ką. Po pro­stu goto­wać, kar­mić ludzi. Mam do tego rękę, ale szko­ła… teo­ria, te cho­ler­ne egza­mi­ny, pre­sja… To mnie prze­ro­sło. Zre­zy­gno­wa­łam. Dla nich to nie była decy­zja, tyl­ko klę­ska. Jestem„tą cór­ką”, któ­rej zno­wu nie wyszło.

Spoj­rza­ła na nie­go z despe­ra­cją w oczach. Jej gło­wa chwia­ła się lek­ko, jak­by szy­ja nie mia­ła już siły jej utrzy­mać.

— Chcę po pro­stu… nor­mal­nie — wybeł­ko­ta­ła, gubiąc koń­ców­ki. — Zwy­czaj­ny zwią­zek, wiesz? Żeby ktoś był. Cze­kał. A nie oce­niał. A tu cią­gle… cią­gle pudło. Albo sama, albo… — Mach­nę­ła ręką w nie­okre­ślo­nym kie­run­ku, jak­by porzu­ca­jąc wątek. — Albo sytu­acje bez wyj­ścia.

Przy­mknę­ła jed­no oko, żeby zła­pać ostrość.

— Co jest ze mną nie tak? — zapy­ta­ła ciszej. — Ty wiesz. Ty to masz poukła­da­ne. Masz ten swój…„bezpieczny ląd”. Kobie­tę. Powiedz mi… jak to się robi? Jaki jest sekret, żeby dzia­ła­ło?

Kuba zamarł. To pyta­nie, peł­ne naiw­nej nadziei, ude­rzy­ło go moc­niej niż wypi­ty alko­hol. Spoj­rzał w dno swo­jej szklan­ki. Pusto. Żad­ne­go ratun­ku. Język miał cięż­ki, jak­by spuchł mu w ustach.

— Sta­ty­sta — wyrzu­cił z sie­bie. Sło­wo zabrzmia­ło twar­do w ciszy poko­ju.

— Co?

— Cza­sem czu­ję się jak… sta­ty­sta. Sto­ję z boku. Kupi­łem bilet — dro­gi, pierw­szy rząd — więc klasz­czę. Żeby ona mia­ła… no… dobre świa­tło. A ja… ja tyl­ko robię za tło — rzu­cił, wal­cząc z beł­ko­tem. — Ale to nie mój sce­na­riusz. Ja tego nie pisa­łem. I boję się… boję się powie­dzieć, że wolał­bym film akcji. A my co gra­my? Kome­dię? Roman­tycz­ną?

Zaśmiał się krót­ko, bez weso­ło­ści.

— Więc sie­dzę cicho. Bo jak coś powiem… może mnie wywa­lą z sali.

Spoj­rzał na Sun­nę. Ona też na nie­go patrzy­ła, przy­tom­nie, choć oczy jej się szkli­ły. Nie oce­nia­ła. Rozu­mia­ła. Wte­dy dotar­ło do nie­go, co zro­bił. Poca­łu­nek był błę­dem, ale to? To była zdra­da. Sło­wa­mi. Praw­dą, któ­ra wycie­kła z nie­go tyl­ko dla­te­go, że był zbyt pija­ny, by trzy­mać gar­dę. Obna­żył się przed nią bar­dziej, niż gdy­by zrzu­cił ubra­nie.

Cisza, któ­ra zapa­dła mię­dzy nimi, nie była pusta. Była cięż­ka od rze­czy, któ­rych już nie dało się cof­nąć. Kuba poczuł suchość w gar­dle. Się­gnął po jedy­ny ratu­nek, jaki zna­lazł w tej chwi­li.

— Wiesz, co jest naj­gor­sze w islandz­kiej zimo­wej nocy? — Potrzą­snął butel­ką. W środ­ku nie chlup­nę­ło już nic. Zosta­ło tyl­ko szkło i zapach.

— Że nigdy się nie koń­czy?

— Że w pew­nym momen­cie czło­wiek zaczy­na myśleć, że to nor­mal­ne — mruk­nął, patrząc na ety­kie­tę. — Że ciem­ność to stan domyśl­ny.

Sun­na opar­ła gło­wę o kra­wędź łóż­ka. Jej ramię sty­ka­ło się z jego ramie­niem.

— To nie ciem­ność — mruk­nę­ła sen­nie, a jej powie­ki zaczę­ły powo­li opa­dać. — Po pro­stu… nie ma słoń­ca. Moż­na się jed­nak do tego przy­zwy­cza­ić.

— Moż­na — zgo­dził się. — Do wszyst­kie­go moż­na. To nasza naj­więk­sza wada.

Obró­cił butel­kę do góry dnem nad szklan­ką. Spa­dła jed­na, leni­wa kro­pla.

— Wypa­ro­wa­ła — stwier­dził z uda­wa­nym obu­rze­niem, odsta­wia­jąc szkło na dywan. — To musi być wada fabrycz­na. Albo islandz­kie powie­trze jest zbyt chłon­ne.

— Albo po pro­stu dużo gada­my.

Zaśmiał się. Ten dźwięk był cichy, chro­po­wa­ty, ale po raz pierw­szy tej nocy — zupeł­nie szcze­ry.

Nie chciał wsta­wać. Wsta­wa­nie ozna­cza­ło powrót do pio­nu, do bycia kapi­ta­nem, do dzwo­nie­nia do Ana­sta­zji, do spraw­dza­nia kur­su walut. Tutaj, na dywa­nie, w pół­mro­ku, czas nie pły­nął. Był zawie­szo­ny.

— Jesz­cze chwi­la — powie­dział, bar­dziej do sie­bie niż do niej.

— Jesz­cze chwi­la — zgo­dzi­ła się szep­tem.

Nie szu­ka­li podu­szek. Zmę­cze­nie, whi­skey i ta dziw­na ulga, że nie trze­ba nicze­go uda­wać, zadzia­ła­ły jak nar­ko­za. Kuba osu­nął się lek­ko w bok. Sun­na się nie odsu­nę­ła. Jej gło­wa opa­dła na jego ramię natu­ral­nie, cięż­ko, jak­by to było jej miej­sce od zawsze. Zasnę­li na pod­ło­dze, w ubra­niach, ple­ca­mi opar­ci o łóż­ko w hote­lu za tysią­ce koron.

Sza­re świa­tło wdar­ło się przez nie­szczel­ne zasło­ny, bez­li­to­śnie obna­ża­jąc kurz wiru­ją­cy w powie­trzu i pustą butel­kę leżą­cą mię­dzy nimi. Jak wyrzut sumie­nia na środ­ku poko­ju.

Kuba obu­dził się pierw­szy. Czuł każ­dą nie­rów­ność pod­ło­go­wej deski. Kark miał zdrę­twia­ły, w ustach smak pio­łu­nu, a gło­wę cięż­ką od nie­wy­spa­nia i nad­mia­ru słów. Spoj­rzał w bok. Sun­na spa­ła. W tym zim­nym świe­tle poran­ka wyglą­da­ła ina­czej. Zwy­czaj­niej. Znik­nę­ła tajem­ni­ca nocy, zosta­ła zmę­czo­na dziew­czy­na z roz­ma­za­nym tuszem pod okiem. A jed­nak, patrząc na nią, poczuł ten sam ucisk w żołąd­ku, któ­ry czuł wczo­raj.

Poru­szy­ła się. Otwo­rzy­ła oczy i natych­miast, bez choć­by sekun­dy dez­orien­ta­cji, usia­dła.

— Cho­le­ra — mruk­nę­ła, prze­cie­ra­jąc twarz dłoń­mi. — Któ­ra godzi­na?

— Za wcze­śnie — wychry­piał. Jego głos brzmiał jak star­tu­ją­cy sil­nik die­sla.

Wsta­ła. Nie było w tym kokie­te­rii, żad­ne­go prze­cią­ga­nia się. Po pro­stu wsta­ła, popra­wi­ła weł­nia­ny swe­ter, któ­ry w nocy był mani­fe­stem, a teraz po pro­stu cie­płym ubra­niem na zim­ny dzień. Zało­ży­ła buty. Kuba pod­niósł się cięż­ko i usiadł na kra­wę­dzi łóż­ka.

— Pod­rzu­cić cię? — zapy­tał. To było jedy­ne, co przy­szło mu do gło­wy. Prak­tycz­ne. Męskie. Bez­piecz­ne.

— Nie — rzu­ci­ła krót­ko, wią­żąc sznu­rów­ki. — Piłeś alko­hol. Przej­dę się. Miesz­kam nie­da­le­ko, u kole­żan­ki.

Wypro­sto­wa­ła się i spoj­rza­ła na nie­go. To był ten moment. Mógł zapy­tać.,Dasz mi swój numer?”. Trzy sło­wa. Miał je na koń­cu języ­ka. Wycią­gnął­by tele­fon, wpi­sał cyfry, wysłał­by jej potem głu­pie­go smsa o tre­ści „Żyjesz?”. Zamie­ni­li­by tę noc w zna­jo­mość. Może w romans. Może w przy­jaźń.

Patrzył na nią, a ona patrzy­ła na nie­go. Cze­ka­ła. Przez uła­mek sekun­dy jej wzrok ześli­zgnął się na jego dło­nie, jak­by spraw­dza­ła, czy się­gnie do kie­sze­ni po tele­fon. Nie się­gnął. Kuba zaci­snął szczę­kę i mil­czał. Wie­dział, że jeśli popro­si o numer, spro­wa­dzi to, co się wyda­rzy­ło, do par­te­ru. Do ukry­wa­nia wia­do­mo­ści przed Ana­sta­zją, do kłamstw, do bana­łu. A to, co mie­li przez te kil­ka godzin — to poro­zu­mie­nie — było zbyt dobre, żeby teraz zbru­kać to pro­zą życia.

Sun­na zro­zu­mia­ła. Blask w jej oczach przy­gasł, jak­by ktoś przy­krę­cił kurek. Ramio­na opa­dły jej mini­mal­nie, z rezy­gna­cją, któ­rej nie pró­bo­wa­ła już ukryć. Dotar­ło do niej, że nie będzie żad­ne­go cią­gu dal­sze­go.

— Pomyśl­nych wia­trów, Kapi­ta­nie. — W jej gło­sie nie było już zaczep­ki, tyl­ko poże­gna­nie.

Kuba pod­niósł wzrok. Spoj­rzał na nią cie­pło, z auten­tycz­ną tro­ską, któ­rej nie musiał uda­wać.

— A ty znajdź ten swój spo­koj­ny ląd, Sun­na — odpo­wie­dział chra­pli­wie. — Taki, na któ­rym nie trze­ba grać. Nale­ży ci się.

Uśmiech­nę­ła się smut­no. Pode­szła do drzwi. Dłoń zawi­sła na klam­ce na moment dłu­żej, niż to było koniecz­ne.

— Dzię­ki, że choć na chwi­lę prze­rwa­łeś ciszę — rzu­ci­ła przez ramię, nie odwra­ca­jąc się.

Klam­ka szczęk­nę­ła, drzwi się zamknę­ły.

Został sam w hote­lo­wym poko­ju, któ­ry nagle wydał mu się dwa razy więk­szy i kom­plet­nie pusty. Pod­szedł do okna i szarp­nię­ciem otwo­rzył je na oścież. Nie spoj­rzał w dół, na uli­cę. Zamknął oczy i pozwo­lił, by lodo­wa­te powie­trze wdar­ło się do środ­ka, zabi­ja­jąc reszt­ki cie­pła i zapach jej wło­sów. Musiał wywie­trzyć to wspo­mnie­nie, zanim na dobre w nim osia­dło. Nicze­go nie wywie­trzył — tyl­ko zro­bił w poko­ju miej­sce na coś, co mia­ło wró­cić póź­niej, moc­niej, kie­dy prze­sta­nie być pija­ny.

Zosta­wił okno otwar­te. W ubra­niu, wciąż czu­jąc chłód na twa­rzy, rzu­cił się na łóż­ko i zasnął, zanim jego gło­wa dotknę­ła podusz­ki.

***

Jeśli ten tekst Ci się spodo­bał, to zna­czy, że mamy podob­ną wraż­li­wość. Zostań­my w kon­tak­cie.
Bez obaw: nie­na­wi­dzę spa­mu i nie sprze­da­ję kur­sów oddy­cha­nia. Piszę tyl­ko wte­dy, gdy mam coś waż­ne­go.

Zaproszenie do niezwykłej podróży po mieście, które ma aż 600 lat – i wciąż potrafi zaskakiwać!

Ta książ­ka to coś wię­cej niż kolo­ro­wan­ka. To peł­na przy­gód opo­wieść o odkry­wa­niu Ełku – jego histo­rii, legend i tajem­nic. Znaj­dziesz tu łami­głów­ki, zaba­wy, cie­ka­wost­ki i zada­nia, któ­re roz­wi­ja­ją wyobraź­nię, logicz­ne myśle­nie i spo­strze­gaw­czość.

„Ełk. Wiel­ka Księ­ga Zabaw” zosta­ła stwo­rzo­na z myślą o dzie­ciach w wie­ku 5–10 lat, któ­re lubią dzia­łać, odkry­wać i uczyć się przez zaba­wę. To ide­al­na pro­po­zy­cja dla rodzin, nauczy­cie­li i wszyst­kich, któ­rzy chcą poznać mia­sto z zupeł­nie innej stro­ny – przez legen­dy, par­ki, mosty i jezio­ro, ale też przez emo­cje i cie­ka­wość świa­ta.

Niech Two­je dziec­ko sta­nie się małym odkryw­cą!
Bo Ełk to mia­sto, w któ­rym histo­ria wciąż żyje – wystar­czy otwo­rzyć tę książ­kę, by zoba­czyć, że przy­go­da cze­ka tuż za rogiem.

(Książ­ka powsta­ła w ramach Sty­pen­dium Arty­stycz­ne­go Pre­zy­den­ta Mia­sta Ełku.)

Kalendarz adwentowy

Kalendarz adwentowy

103 stro­ny z kolo­ro­wan­ka­mi, łami­głów­ka­mi, wyci­nan­ka­mi itp. dla dzie­ci w róż­nym wie­ku.

Bonus: Kar­ta z kalen­da­rzem do odli­cza­nia dni do pozo­sta­łych świąt!

Kiedy gaśnie światło

Kiedy gaśnie światło

Porad­nik na 48 stro­nach z bonu­so­wy­mi kar­ta­mi pra­cy.

Test PDF 2

Test PDF 2

Test PDF

Test PDF

[sim­ple­bo­oklet src=“https://simplebooklet.com/doflipboookapdf” width=“340” height=“340”]

Wie­rzę, że emo­cje są klu­czem do roz­wo­ju, dla­te­go w swo­jej pra­cy pod­cho­dzę do nich z sza­cun­kiem i podzi­wem. Na co dzień pra­cu­ję z dzieć­mi w szko­le, po godzi­nach piszę dla nich książ­ki. To dla naj­młod­szych czy­tel­ni­ków i ich rodzi­ców zało­ży­łam mar­kę edu­ka­cyj­ną Paju­ka, w któ­rej wraz z zaufa­ny­mi spe­cja­li­sta­mi chcę przy­go­to­wy­wać war­to­ścio­we i roz­wi­ja­ją­ce tre­ści.

Z wykształ­ce­nia jestem nauczy­ciel­ką, absol­went­ką filo­lo­gii pol­skiej i biblio­te­ko­znaw­stwa. Ukoń­czy­łam licz­ne kur­sy z zakre­su biblio­te­ra­pii i pisa­nia ksią­żek dla dzie­ci. Pry­wat­nie jestem żoną, mamą (tak­że psią) i wiel­ką pasjo­nat­ką ksią­żek, gór, jezior i pięk­nej Islan­dii!

Zapra­szam Was do moje­go świa­ta, do świa­ta Paju­ki – tu two­rzy­my coś wię­cej niż książ­ki!

Kata­rzy­na Sami­ło

Zapra­szam Was do moje­go świa­ta, do świa­ta Paju­ki – tu two­rzy­my coś wię­cej niż książ­ki!

Dołącz do bez­płat­ne­go New­slet­te­ra:

Ple­ase wait…

Dzię­ku­je­my za dołą­cze­nie do nasze­go New­slet­te­ra!

Jeśli nie chcesz zapi­sy­wać się na bez­płat­ny new­slet­ter, możesz uzy­skać dostęp do mate­ria­łów odpłat­nie. Wię­cej infor­ma­cji znaj­dziesz w Regu­la­mi­nie New­slet­te­ra.
Ikonka Facebooka
Ikonka Instagrama
This website uses cookies. By continuing to use the site, you accept them. Additional information can be found in our privacy policy.
HIDE THIS MESSAGE