Klub w podziemiach hotelu przypominał wnętrze głośnika. Powietrze wibrowało od basu, a światła przecinały ciemność fioletowymi pasami, sprawiając, że ludzie na parkiecie wyglądali jak w filmie poklatkowym.
Kuba siedział przy barze, odwrócony plecami do tego szaleństwa. Dłonią obejmował szklankę, w której lód dawno zamienił się w wodę, skutecznie kastrując smak drogiej whisky. Marcin zniknął w tłumie dobrą godzinę temu. Ostatni raz Kuba widział go, jak z marynarką przewieszoną przez ramię tłumaczył barmanowi, że „Wściekły Pies” to nie drink, tylko stan umysłu. Potem Kuba został sam. „Pan świata”. Z kredytem na karku, firmą na papierze i sukcesem, który w tej chwili smakował dziwnie cierpko.
— Wyglądasz na kogoś, kto właśnie wygrał na loterii, ale zgubił kupon — usłyszał tuż przy uchu.
Musiał się odwrócić, żeby w ogóle zarejestrować, kto mówi. Dziewczyna. Usiadła na wysokim stołku obok, wciśnięta w wolną przestrzeń przez napierający tłum. Wełniany sweter w charakterystyczne wzory na karczku wyglądał jak manifest. Tak samo jak fakt, że zamiast eleganckiego kieliszka obejmowała dłońmi solidny, do połowy pełny kufel z piwem.
— Blisko. — Nachylił się w jej stronę. Inaczej rozmowa polegałaby na czytaniu z ruchu warg. — Założyłem firmę, kupiłem kuter. Kupon mam w kieszeni, ale właśnie dotarło do mnie, ile wynosi podatek od wygranej.
— Kuter? — Uśmiechnęła się. — To nie zakup pod wpływem impulsu. To małżeństwo z rozsądku. Z oceanem.
— Coś w tym stylu. Hófur.
Pokiwała głową. Nie z grzeczną obojętnością, którą serwowali mu dzisiaj wszyscy inni rozmówcy, ale ze zrozumieniem.
— Kopyto. Mocna nazwa. Mój brat pływa na Aronie, ale twój brzmi zuchwalej. Jestem Sunna.
— Jakob.
— Jakob… — powtórzyła, jakby ważyła to słowo. — Nie wyglądasz na Wikinga.
— Matka Polka, ojciec Islandczyk.
— Mam przyjaciółkę Polkę. Twierdzi, że melancholia to wasz towar eksportowy. Zaraz po jabłkach.
Parsknął śmiechem.
— A ty? — Wskazał na parkiet, gdzie tłum falował w rytm jakiegoś remixu Björk. — Siedzisz tu sama, żeby robić notatki z zachowań stadnych?
— Czekam na kogoś, kto się nie zjawił. I najwyraźniej już tego nie zrobi. — Wzruszyła ramionami i upiła łyk piwa. — A twoja załoga?
— Mój wspólnik, Marcin, gdzieś tu jest. Teoretycznie. Ale w praktyce zostałem sam na mostku. Standard.
Rozmowa kleiła się zaskakująco dobrze, mimo że prawie musieli krzyczeć sobie do ucha. Mówili tym samym kodem. Sunna nie pytała o pieniądze, o tonaż, o plany podboju rynku. Pytała o morze. O to, od kiedy pływa i czy czuje respekt.
DJ zmienił rytm, powietrze zgęstniało. Ktoś wpadł na plecy Kuby, wylewając mu trochę alkoholu na rękaw.
— A dziewczyna? — zapytała nagle Sunna, patrząc mu prosto w oczy. — Ktoś powinien teraz świętować razem z tobą, wisieć ci na szyi.
Kuba się zawahał. Przez ułamek sekundy chciał zbyć temat żartem, ale coś w spojrzeniu Sunny sprawiło, że zrezygnował.
— Jest w Polsce, na ślubie koleżanki. Zresztą… — Pociągnął łyk rozwodnionej whiskey. — To wszystko — wskazał na siebie, na niewidzialny kuter, na ten cały blichtr — to też trochę po to, żeby… żeby było stabilnie. Żeby wiedziała, że jestem ogarnięty.
— Musisz jej to udowadniać?
Spojrzał na nią, zaskoczony. Sunna patrzyła na niego uważnie, bez cienia kpiny.
— Nie o to chodzi. Po prostu… Staram się. Chcę, żeby była dumna. Żeby widziała, że nie jestem tylko chłopakiem od siatek, ale kimś, na kogo można postawić. Że dowożę wynik.
Sunna oparła brodę na dłoni. Przysunęła się jeszcze bliżej.
— Wiesz co? Jak ciągle musisz jej coś udowadniać, to znaczy, że grasz w grę, której ona nawet nie uważa za ważną. I będziesz przegrywać, choćbyś się zajechał.
Zamilkł. Te słowa zawisły między nimi. Trafiły w jakiś miękki punkt, którego istnienia wolał nie zauważać, a który od jakiegoś czasu pulsował pod skórą.
Noc weszła w fazę, kiedy alkohol przestaje szumieć, a zaczyna krzyczeć. Do klubu wlała się nowa fala ludzi, upychając tych, którzy już ledwo stali na nogach. Przestrzeń się skurczyła. Ktoś znowu trącił Kubę, tym razem łokciem, ktoś inny ryknął śmiechem tuż nad uchem Sunny. Hałas przestał być tłem, stał się fizycznym bólem.
— Nie słyszę własnych myśli — mruknął Kuba. Czuł, że musi doprowadzić ten wątek do końca. Że jeśli teraz przerwie, to zostanie z tym zdaniem sam. — Mam butelkę whisky w pokoju. Piwo też się znajdzie. I cisza. Dokończymy?
To nie była propozycja, którą można by opacznie zrozumieć. Była zbyt surowa. Sunna chyba też to czuła, bo po prostu zsunęła się ze stołka.
W pokoju panował spokój tak głęboki, że aż dzwoniło w uszach. Kuba nie zapalił głównego światła, tylko małą lampkę przy łóżku. Wyjął ze sportowej torby butelkę whisky i postawił ją na blacie biurka.
— Piłaś piwo — zauważył, odkręcając korek. — Zmieszanie go z tym to błąd w sztuce czy odwaga?
Sunna rozejrzała się po pokoju.
— Konieczność — odparła, opierając się o parapet. — W tamtym hałasie wypiłabym nawet wodę z wazonu, byle coś zrobić z rękami.
Kuba uśmiechnął się krzywo. Nalał whisky do dwóch szklanek.
— Siadamy? — Wskazał brodą na dwa fotele w rogu.
— Wyglądają, jakby projektował je ortopeda sadysta, żeby napędzić sobie klientów — skwitowała Sunna. — Wolę podłogę. Tam grawitacja jest przynajmniej uczciwa.
Usiadła na grubym dywanie, opierając plecy o bok łóżka. Kuba podał jej szklankę i sam zajął miejsce obok. Wyciągnął długie nogi i skrzyżował je w kostkach. Pociągnął spory łyk.
— Uciekłeś z imprezy — stwierdziła.
— Ewakuowałem się. Jest różnica. Ucieczka zakłada strach, ewakuacja to strategia. Tam na dole zrobiło się za gęsto.
— Hófur… — Sunna obracała szklankę w dłoniach. — To była droga inwestycja? I nie pytam o pieniądze.
Kuba odruchowo dotknął boku.
— Policzalna — mruknął. — Trochę negocjacji z bankiem i jedno pęknięte żebro.
— Wypadek?
— Knechta okazała się twardsza niż ja. Fizyka rzadko negocjuje, zazwyczaj wystawia fakturę natychmiastową.
Zaśmiała się krótko.
— Pokażesz?
Spojrzał na nią. To nie była prośba o ekshibicjonizm. To była ciekawość kogoś, kto wie, że morze zostawia ślady. Podciągnął lekko bluzę. Długa, biaława pręga wyglądała w półmroku jak narysowana kredą.
— Twoja dziewczyna nie chciała, żebyś zmienił pracę?
Kuba opuścił materiał i upił łyk whisky, dając sobie chwilę na odpowiedź.
— Anastazja wychodzi z założenia, że praca to praca. Ma przynosić efekty, a nie dramaty.
— Czyli nie martwi się?
— Martwi. Ale na swój sposób. — Patrzył na bursztynowy płyn w szklance. — Woli nie wiedzieć, jak wygląda kuchnia. Interesuje ją danie na talerzu. Jeśli wracam cały, to znaczy, że wszystko poszło zgodnie z planem. Po co mam jej opowiadać o tym, co mogło pójść nie tak? To by tylko generowało niepotrzebny stres. A tak… ona śpi spokojnie, a ja mam spokój w domu. Czysty układ.
— Mógłbyś na przykład opowiadać po to, żebyś nie musiał pić whisky na podłodze z obcą kobietą, tylko mógł powiedzieć jej, że cię boli — odparła prosto Sunna.
Trafiła. Kuba poczuł to jak ukłucie szpilki. Odwrócił głowę i spojrzał na nią uważnie.
— A ty? — zapytał, przechodząc do ofensywy. — Co dziewczyna, która zna się na kutrach i gardzi designerskimi fotelami, robi sama w takim miejscu? Ten ktoś, na kogo czekałaś…
— …okazał się kimś, kto woli płacić walutą, której ja nie przyjmuję — dokończyła za niego. — Więc chyba oboje jesteśmy dzisiaj trochę na minusie.
Stuknęła swoją szklanką o jego. Dźwięk był cichy, ale konkretny. Jak pieczątka na umowie.
Spojrzał jej w oczy, potem na usta. Impuls był szybszy niż myśl. Szybszy niż to całe jego analityczne kalkulowanie zysków i strat. Pocałował ją bez wstępów i podchodów. Po prostu przyciągnął do siebie, wplatając palce w jej włosy. Jej usta były miękkie, chętne, a smak whisky mieszał się z czymś słodkim, uderzając mu do głowy mocniej niż alkohol. Przez chwilę istniało tylko to. Ciepło jej ciała i ten cholerny szum w głowie, który wreszcie ucichł.
A mimo to się odsunął. Musiał użyć całej siły woli, żeby przerwać ten moment, zanim stanie się czymś, czego nie będzie umiał cofnąć. Odetchnął ciężko, opierając tył głowy o materac łóżka.
— Przepraszam — wychrypiał, odsuwając się o centymetr. — Nie mogę.
Sunna zamarła. Słyszał jej przyspieszony oddech.
— Bo ona? — zapytała cicho.
— Bo to nieuczciwe — rzucił krótko, walcząc z własnym ciałem. — Wobec niej. I cholernie nieuczciwe wobec ciebie. Nie chcę, żebyś była tylko… sposobem na odreagowanie.
Sunna opuściła rękę. W jej oczach nie było złości. Był smutek.
— Rozumiem.
Nie wyszła. Wyciągnęła w jego stronę pustą szklankę, a Kuba napełnił ją. Pili, a napięcie, które jeszcze przed chwilą wibrowało w powietrzu, ustąpiło miejsca zwykłej, ludzkiej rozmowie. Opowiadali sobie o wszystkim — o głupotach z dzieciństwa, o szkołach, o planach, które nigdy nie wypaliły. W końcu temat naturalnie zszedł na Polskę.
— Musiałem pojechać — mruknął, wpatrując się w ścianę, jakby tam była mapa. — To nie tak, że uciekałem. Húsavík to mój dom. Rodzice są… w porządku. Zawsze mnie wspierali. Ale musiałem sprawdzić swoje drugie DNA. Myślałem, że to będzie jak… jak brakujący puzzel, że kliknie.
— I kliknęło? — spytała sennie.
— Kliknęło — przyznał, kiwając głową z nagłym ożywieniem. — Jak jasna cholera. Poczułem, że to też moje miejsce. Że jestem stamtąd tak samo, jak stąd. Z tym kumplem… z Marcinem… mamy nawet plan. Chcemy tam otworzyć stocznię.
— Stocznię?
— Małą. Budować i remontować łodzie. Ciągnie mnie tam. Polska mnie ciągnie.
— To czemu nie budujesz?
Kuba pociągnął spory łyk. Skrzywił się, ale tylko trochę.
— Bo ja się na tym nie znam — prychnął, machając ręką, jakby odganiał muchę. — To Marcin, on jest biznesmenem i to udźwignie.
— A ty?
— A ja chcę pływać. Muszę czuć, że się ruszam. Adrenalina. — Mocniej oparł plecy o łóżko, jakby szukał punktu oparcia dla myśli, które zaczęły galopować. — O to chodzi. Ląd bywa za twardy, nie rusza się. To mnie wkurza. Że jest tak cholernie stabilnie. Dlatego wziąłem ten kuter. Wszyscy myślą: biznes, inwestycja, w końcu na swoim. Gówno prawda.
Sunna zachichotała cicho.
— Gówno prawda — powtórzyła jak echo.
— Chodzi o ten moment, kiedy fala wali w burtę. — Kuba wykonał gwałtowny, nieskoordynowany ruch ręką, imitując uderzenie. — Nie masz czasu na myślenie o pierdołach. O kredycie, o tym, co kupić na obiad. Musisz reagować. Teraz, zaraz albo cię zmyje. Rozumiesz? To czyści głowę. Na lądzie, jak zrobisz błąd, to to odkręcasz. Na morzu, jak zrobisz błąd, to cię nie ma. I to jest… prawdziwe.
Zamilkł, oddychając ciężko, jakby samo mówienie o tym podniosło mu tętno. Spojrzał na Sunnę. Siedziała z brodą opartą o kolana, patrzyła na niego z dołu lekko zamglonym wzrokiem. Wyglądała na kogoś, kto dźwiga o wiele więcej niż tylko zmęczenie po nieprzespanej nocy. Pochylił się lekko w jej stronę.
— Mówiłaś, że chcesz wyjechać. — Jego głos, mimo upojenia, był uważny. — Że chcesz być przezroczysta. Dlaczego? Co jest nie tak z byciem Sunną z Reykjaviku?
Sunna uśmiechnęła się krzywo.
— Z Viku — poprawiła go. — Jestem z Viku. A to różnica. W Reykjaviku możesz się jeszcze schować w tłumie turystów. W Viku wszyscy wiedzą, co jesz na śniadanie, jeszcze zanim zdążysz posmarować chleb.
Westchnęła, bawiąc się pustą szklanką.
— Co jest nie tak? — podjęła znowu. — Wszystko. Tam mają na mnie teczkę. Pamiętają.
— Co pamiętają?
— Że nie skończyłam szkoły gastronomicznej — wyrzuciła z siebie, a w jej głosie zadźwięczał stary żal. — Chciałam być kucharką. Po prostu gotować, karmić ludzi. Mam do tego rękę, ale szkoła… teoria, te cholerne egzaminy, presja… To mnie przerosło. Zrezygnowałam. Dla nich to nie była decyzja, tylko klęska. Jestem„tą córką”, której znowu nie wyszło.
Spojrzała na niego z desperacją w oczach. Jej głowa chwiała się lekko, jakby szyja nie miała już siły jej utrzymać.
— Chcę po prostu… normalnie — wybełkotała, gubiąc końcówki. — Zwyczajny związek, wiesz? Żeby ktoś był. Czekał. A nie oceniał. A tu ciągle… ciągle pudło. Albo sama, albo… — Machnęła ręką w nieokreślonym kierunku, jakby porzucając wątek. — Albo sytuacje bez wyjścia.
Przymknęła jedno oko, żeby złapać ostrość.
— Co jest ze mną nie tak? — zapytała ciszej. — Ty wiesz. Ty to masz poukładane. Masz ten swój…„bezpieczny ląd”. Kobietę. Powiedz mi… jak to się robi? Jaki jest sekret, żeby działało?
Kuba zamarł. To pytanie, pełne naiwnej nadziei, uderzyło go mocniej niż wypity alkohol. Spojrzał w dno swojej szklanki. Pusto. Żadnego ratunku. Język miał ciężki, jakby spuchł mu w ustach.
— Statysta — wyrzucił z siebie. Słowo zabrzmiało twardo w ciszy pokoju.
— Co?
— Czasem czuję się jak… statysta. Stoję z boku. Kupiłem bilet — drogi, pierwszy rząd — więc klaszczę. Żeby ona miała… no… dobre światło. A ja… ja tylko robię za tło — rzucił, walcząc z bełkotem. — Ale to nie mój scenariusz. Ja tego nie pisałem. I boję się… boję się powiedzieć, że wolałbym film akcji. A my co gramy? Komedię? Romantyczną?
Zaśmiał się krótko, bez wesołości.
— Więc siedzę cicho. Bo jak coś powiem… może mnie wywalą z sali.
Spojrzał na Sunnę. Ona też na niego patrzyła, przytomnie, choć oczy jej się szkliły. Nie oceniała. Rozumiała. Wtedy dotarło do niego, co zrobił. Pocałunek był błędem, ale to? To była zdrada. Słowami. Prawdą, która wyciekła z niego tylko dlatego, że był zbyt pijany, by trzymać gardę. Obnażył się przed nią bardziej, niż gdyby zrzucił ubranie.
Cisza, która zapadła między nimi, nie była pusta. Była ciężka od rzeczy, których już nie dało się cofnąć. Kuba poczuł suchość w gardle. Sięgnął po jedyny ratunek, jaki znalazł w tej chwili.
— Wiesz, co jest najgorsze w islandzkiej zimowej nocy? — Potrząsnął butelką. W środku nie chlupnęło już nic. Zostało tylko szkło i zapach.
— Że nigdy się nie kończy?
— Że w pewnym momencie człowiek zaczyna myśleć, że to normalne — mruknął, patrząc na etykietę. — Że ciemność to stan domyślny.
Sunna oparła głowę o krawędź łóżka. Jej ramię stykało się z jego ramieniem.
— To nie ciemność — mruknęła sennie, a jej powieki zaczęły powoli opadać. — Po prostu… nie ma słońca. Można się jednak do tego przyzwyczaić.
— Można — zgodził się. — Do wszystkiego można. To nasza największa wada.
Obrócił butelkę do góry dnem nad szklanką. Spadła jedna, leniwa kropla.
— Wyparowała — stwierdził z udawanym oburzeniem, odstawiając szkło na dywan. — To musi być wada fabryczna. Albo islandzkie powietrze jest zbyt chłonne.
— Albo po prostu dużo gadamy.
Zaśmiał się. Ten dźwięk był cichy, chropowaty, ale po raz pierwszy tej nocy — zupełnie szczery.
Nie chciał wstawać. Wstawanie oznaczało powrót do pionu, do bycia kapitanem, do dzwonienia do Anastazji, do sprawdzania kursu walut. Tutaj, na dywanie, w półmroku, czas nie płynął. Był zawieszony.
— Jeszcze chwila — powiedział, bardziej do siebie niż do niej.
— Jeszcze chwila — zgodziła się szeptem.
Nie szukali poduszek. Zmęczenie, whiskey i ta dziwna ulga, że nie trzeba niczego udawać, zadziałały jak narkoza. Kuba osunął się lekko w bok. Sunna się nie odsunęła. Jej głowa opadła na jego ramię naturalnie, ciężko, jakby to było jej miejsce od zawsze. Zasnęli na podłodze, w ubraniach, plecami oparci o łóżko w hotelu za tysiące koron.
Szare światło wdarło się przez nieszczelne zasłony, bezlitośnie obnażając kurz wirujący w powietrzu i pustą butelkę leżącą między nimi. Jak wyrzut sumienia na środku pokoju.
Kuba obudził się pierwszy. Czuł każdą nierówność podłogowej deski. Kark miał zdrętwiały, w ustach smak piołunu, a głowę ciężką od niewyspania i nadmiaru słów. Spojrzał w bok. Sunna spała. W tym zimnym świetle poranka wyglądała inaczej. Zwyczajniej. Zniknęła tajemnica nocy, została zmęczona dziewczyna z rozmazanym tuszem pod okiem. A jednak, patrząc na nią, poczuł ten sam ucisk w żołądku, który czuł wczoraj.
Poruszyła się. Otworzyła oczy i natychmiast, bez choćby sekundy dezorientacji, usiadła.
— Cholera — mruknęła, przecierając twarz dłońmi. — Która godzina?
— Za wcześnie — wychrypiał. Jego głos brzmiał jak startujący silnik diesla.
Wstała. Nie było w tym kokieterii, żadnego przeciągania się. Po prostu wstała, poprawiła wełniany sweter, który w nocy był manifestem, a teraz po prostu ciepłym ubraniem na zimny dzień. Założyła buty. Kuba podniósł się ciężko i usiadł na krawędzi łóżka.
— Podrzucić cię? — zapytał. To było jedyne, co przyszło mu do głowy. Praktyczne. Męskie. Bezpieczne.
— Nie — rzuciła krótko, wiążąc sznurówki. — Piłeś alkohol. Przejdę się. Mieszkam niedaleko, u koleżanki.
Wyprostowała się i spojrzała na niego. To był ten moment. Mógł zapytać.,Dasz mi swój numer?”. Trzy słowa. Miał je na końcu języka. Wyciągnąłby telefon, wpisał cyfry, wysłałby jej potem głupiego smsa o treści „Żyjesz?”. Zamieniliby tę noc w znajomość. Może w romans. Może w przyjaźń.
Patrzył na nią, a ona patrzyła na niego. Czekała. Przez ułamek sekundy jej wzrok ześlizgnął się na jego dłonie, jakby sprawdzała, czy sięgnie do kieszeni po telefon. Nie sięgnął. Kuba zacisnął szczękę i milczał. Wiedział, że jeśli poprosi o numer, sprowadzi to, co się wydarzyło, do parteru. Do ukrywania wiadomości przed Anastazją, do kłamstw, do banału. A to, co mieli przez te kilka godzin — to porozumienie — było zbyt dobre, żeby teraz zbrukać to prozą życia.
Sunna zrozumiała. Blask w jej oczach przygasł, jakby ktoś przykręcił kurek. Ramiona opadły jej minimalnie, z rezygnacją, której nie próbowała już ukryć. Dotarło do niej, że nie będzie żadnego ciągu dalszego.
— Pomyślnych wiatrów, Kapitanie. — W jej głosie nie było już zaczepki, tylko pożegnanie.
Kuba podniósł wzrok. Spojrzał na nią ciepło, z autentyczną troską, której nie musiał udawać.
— A ty znajdź ten swój spokojny ląd, Sunna — odpowiedział chrapliwie. — Taki, na którym nie trzeba grać. Należy ci się.
Uśmiechnęła się smutno. Podeszła do drzwi. Dłoń zawisła na klamce na moment dłużej, niż to było konieczne.
— Dzięki, że choć na chwilę przerwałeś ciszę — rzuciła przez ramię, nie odwracając się.
Klamka szczęknęła, drzwi się zamknęły.
Został sam w hotelowym pokoju, który nagle wydał mu się dwa razy większy i kompletnie pusty. Podszedł do okna i szarpnięciem otworzył je na oścież. Nie spojrzał w dół, na ulicę. Zamknął oczy i pozwolił, by lodowate powietrze wdarło się do środka, zabijając resztki ciepła i zapach jej włosów. Musiał wywietrzyć to wspomnienie, zanim na dobre w nim osiadło. Niczego nie wywietrzył — tylko zrobił w pokoju miejsce na coś, co miało wrócić później, mocniej, kiedy przestanie być pijany.
Zostawił okno otwarte. W ubraniu, wciąż czując chłód na twarzy, rzucił się na łóżko i zasnął, zanim jego głowa dotknęła poduszki.
***
Ta książka to coś więcej niż kolorowanka. To pełna przygód opowieść o odkrywaniu Ełku – jego historii, legend i tajemnic. Znajdziesz tu łamigłówki, zabawy, ciekawostki i zadania, które rozwijają wyobraźnię, logiczne myślenie i spostrzegawczość.
„Ełk. Wielka Księga Zabaw” została stworzona z myślą o dzieciach w wieku 5–10 lat, które lubią działać, odkrywać i uczyć się przez zabawę. To idealna propozycja dla rodzin, nauczycieli i wszystkich, którzy chcą poznać miasto z zupełnie innej strony – przez legendy, parki, mosty i jezioro, ale też przez emocje i ciekawość świata.
Niech Twoje dziecko stanie się małym odkrywcą!
Bo Ełk to miasto, w którym historia wciąż żyje – wystarczy otworzyć tę książkę, by zobaczyć, że przygoda czeka tuż za rogiem.
(Książka powstała w ramach Stypendium Artystycznego Prezydenta Miasta Ełku.)
